Zmęczeni wyścigiem szczurów zamieszkali w miejscu, z którego miejscowi uciekają

2017-10-07 12:37:22(ost. akt: 2017-10-08 11:09:26)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Wojtek i Grażyna zamieszkali w miejscu, z którego miejscowi uciekają. Byli zmęczeni wyścigiem szczurów i otaczającymi ich ludźmi. Teraz na terenie gminy Górowo Iławeckie wiodą "dworkowe" życie. Znajomi z Gdańska podziwiają ich za odważną decyzję.
Najpierw umawiam się z Wojciechem Wolańskim telefonicznie. Tłumaczy, jak dojechać do jego "Domu pod bocianem". Przede wszystkim mam nie jechać do samego Dwórzna, tylko skręcić na Paprocin. — Trzeba uważać, żeby nie minąć drogi do siedliska, bo jest mało zauważalna — ostrzega. Oczywiście w Paprocinie orientuję się, że jednak minąłem...

Fot. archiwum prywatne

Wreszcie trafiam. Widzę przed sobą dom z nowym dachem i ścianami w żółtawej barwie, jeszcze przed odnowieniem. Obok stara stajnia z czerwonej cegły, a naprzeciwko domu obora z białej. Na porośniętym trawą podwórzu wypalone ognisko, przy domu stary sad. Między nim a białą oborą niewielki ogródek warzywny z foliowym namiotem. Siedlisko nie robi na mnie specjalnego wrażenia. Podobnych przez lata widziałem setki.

Do domu prowadzi drewniany ganek. Jego drzwi otwierają się i wybiega trójłapy pies Kudeł. Wychodzą też gospodarze. Wojtek przedstawia mnie Grażynie, którą nazywa "Graszką".

Siadamy w rustykalnie urządzonym pokoju. Ściany pokryte są nowym tynkiem, w kilku miejscach odkryta jest stara cegła. Do tego sufit z surowych desek nad belkami stropowymi. Później, w podarowanej mi przez nich książce "Dom pod bocianem", którą wydali własnym sumptem, przeczytam, że taki sufit był ich marzeniem i wspomnieniem z dzieciństwa.

— Po raz pierwszy przyjechaliśmy tu w marcu ubiegłego roku. Trafiliśmy przypadkiem, po odwiedzeniu wielu innych siedlisk na sprzedaż. Pomógł nam taksówkarz z Górowa Iławeckiego — mówi Wojtek.

Fot. archiwum prywatne

Oboje pracowali w Gdańsku. Wojtek jest informatykiem i wykonuje ten zawód. Tylko czasem musi pojechać do Gdańska, do klientów. Większość prac wykonuje "po drucie".

Grażyna pracowała, jak sama mówi, w "największej firmie w kraju". Straciła jednak pracę. Sprzątała więc domy, aż znalazła dobrze płatne zatrudnienie. Gdy zostali parą, zamieszkali w wynajmowanym mieszkaniu w Pruszczu Gdańskim. Oboje jednak marzyli o własnym siedlisku, o ciszy.

— We mnie to marzenie pojawiło się już wiele lat temu — opowiada Wojtek. — Pomysł początkowo był nierealny z przyczyn osobistych i finansowych. Kiedy zamieszkaliśmy razem, doszedłem do wniosku, że nie możemy wciąż czegoś wynajmować. Zacząłem szukać siedliska. Podszedłem do tego informatycznie. Wyznaczyłem pewne warunki, z których głównymi były cena i odległość dwóch godzin jazdy od Gdańska. Przeskanowałem portale z ogłoszeniami. Wyszedł mi duży obszar obejmujący głównie Warmię i Kaszuby.

Przerywam opowieść gospodarza. Dopytuję dlaczego zdecydowali się na rejon, z którego ludzie uciekają?

— Bo zmęczyli nas ludzie — wprost mówi Grażyna.

— Bardzo kocham Podlasie, drewniane domy, klimat oraz mieszkających tam ludzi z ich specyficznym usposobieniem. Warmii nigdy wcześniej nie poznałam. Do Warmii przekonał mnie Wojtek oraz nasi znajomi, którzy wcześniej kupili siedliska w okolicach Pupek i Nowego Kawkowa — opowiada Grażyna.

— W tamtych okolicach nie było już żadnego ciekawego miejsca w akceptowalnej dla nas cenie. Po odwiedzeniu około 15 siedlisk trafiliśmy tu — dodaje Wojtek.

Fot. archiwum prywatne

Oboje mówią, że ich siedlisko, gdy je zobaczyli po raz pierwszy, wyglądało smutno. Dom był jednak w dobrym stanie, choć oczywiście wymagał remontu. Mieszkała w nim starsza kobieta. Zostawiła po sobie drobne rzeczy: wieszaczki, starą wagę, książkę.

Wojtek z Grażyną zachowali stare kafle z rozebranej kuchni oraz deski i belki z rozebranej stodoły. Nawet stare dachówki leżą na skarpie obok domu. Gdy opowiadają o początkach w nowym miejscu rozumiem, dlaczego nazywają się osadnikami.

— Na początku zamieszkaliśmy w ośmioosobowym namiocie. Obok stał kamper, w którym urządziłem swoje biuro. Była jakaś weranda i tymczasowa kuchnia. Mieszkaliśmy w takich warunkach przez kilka tygodni, aż przyszły deszcze i wichury. Grażyna spakowała swoje rzeczy i oświadczyła, ze będzie spała na sianie w stodole — mówi Wojtek.

— Wiatr przewrócił nam kuchnię, potłukły się wszystkie talerze, wylała zupa, którą gotowałam fachowcom remontującym dom, bo podobno taki jest tu zwyczaj — mówi Grażyna.

— Żyliśmy w tej stodole do połowy września. Gdy później wreszcie położyłem się we własnym łóżku, czułem ogromną radość — dopowiada Wojtek.

— Nie ukrywam, że przez remont i pieniądze wrzucane niczym do skarbonki bez dna oraz braku widocznych postępów prac, miałam wątpliwości, czy idziemy w dobrym kierunku. Zastanawiałam się, czy nie nie prościej i taniej wybudować coś od nowa — mówi Grażyna.

Wojtek dodaje, że był moment, kiedy chciał uciekać. — Kudeła potrącił samochód. Grażyna pojechała z nim do Gdańska, nie było jej kilkanaście dni. To był najgorszy okres. Mieszkałem w stodole, firmy budowlane mnie zwodziły, lały deszcze. Wtedy pomyślałem, że gdyby przyszedł ktoś i powiedział, że daje mi za siedlisko złotówkę, to jeszcze bym mu dopłacił. Nikt jednak nie przyszedł. Przyjechała za to Grażyna, dowieziono dachówkę, a budowlańcy wreszcie uporali się z tynkami. Potem było już dobrze — śmieje się Wojtek.

Fot. archiwum prywatne

— Mamy tutaj więcej znajomych i przyjaciół niż w Gdańsku. To zarówno ci, którzy są tu od urodzenia, jak i osadnicy jak my. Ludzie są tu przesympatyczni — odpowiada Grażyna, gdy pytam o to, jak zostali przyjęci przez miejscowych.

— Ludzie w miastach zagubili spontaniczność, nie potrafią spotykać się bez umawiania, nikt do nikogo nie wpada. Nie mają czasu nawet na telefon. Bardzo nad tym ubolewałem. Robiłem nawet eksperymenty. Znikałem z Facebooka na 50 dni i czekałem, czy ktokolwiek to zauważy. Zobaczyły to dwie osoby na ponad pół tysiąca "znajomych", z których olbrzymią większość znam rzeczywiście. To było bolesne doświadczenie. Jak się tu przeprowadziliśmy, z czasem zaczęliśmy prowadzić, jak to nazwał nasz kolega z Gdańska, dworkowe życie. To trafne określenie, bo znów się spotykamy, robimy wspólne wycieczki, znajomi wpadają bez zapowiedzi. Podczas tegorocznych wakacji nie było tygodnia, w którym kogoś nie gościliśmy — mówi Wojtek.

— Zmieniliśmy zupełnie styl naszego życia. Nie zamykamy się w czterech ścianach. Bardzo nam zależało, żeby prowadzić otwarty dom. Mamy na niego wiele pomysłów. Na pewno nie będzie to agroturystyka. Chcielibyśmy organizować kinowe czwartki albo grać w gry planszowe lub karty — planuje Grażyna.

Usłyszeli już, że ich dom jednoczy ludzi. Nie wszystko jest oczywiście idealne. Grażyna słyszała opinie, że "przyjechała miastowa i będzie rządzić". Zaproponowała bowiem utworzenie w Górowie Iławeckim galerii sztuki i rękodzielnictwa, a ktoś uznał to za niepotrzebne. Z czasem taką galerię chcą utworzyć we własnej stajni, ale to wymaga kosztownego remontu.
Pytam na koniec, czy ktoś nie pukał się w czoło, kiedy trafili na koniec świata?

— Znajomi z Gdańska nie pukali się. Mówili za to, że jesteśmy odważni. Niektórzy podjęli nawet podobną do naszej decyzję — kończy rozmowę Wojtek.

Andrzej Grabowski
a.grabowski@gazetaolsztynska.pl

Czytaj e-wydanie

Pochwal się tym, co robisz. Pochwal innych. Napisz, co Cię denerwuje. Po prostu stwórz swoją stronę na naszym serwisie. To bardzo proste. Swoją stronę założysz klikając " Tutaj ". Szczegółowe informacje o tym czym jest profil i jak go stworzyć: Podziel się informacją:

">kliknij


Źródło: Gazeta Olsztyńska

Komentarze (21) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. warmiaczka #2351933 | 5.172.*.* 16 paź 2017 14:15

    Miejscowi nie uciekli. Pierwszy gospodarz może uciekał przed ruskim frontem i nie wiadomo czy zdążył przez , a następca został przesiedlony w ramach akcji "Wisła". Miejsce okraszone łzami i dlatego smutno tu i obco.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. grab #2351554 | 87.205.*.* 15 paź 2017 23:44

      I bardzo dobrze. Przez takich ludzi mniej małych miejscowości będzie znikać z mapy a oni zaczną żyć po ludzku, choć nie zawsze wygodnie a nie w wygodnej, miejskiej dżungli.

      odpowiedz na ten komentarz

    2. Gabi #2350762 | 62.148.*.* 14 paź 2017 18:51

      Nazywa Grażką, a nie Graszką.

      Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

      1. mieszkaniec #2347124 | 37.248.*.* 9 paź 2017 21:01

        Trzeba było kupić od Lwa i nie płakać w gazecie.

        Ocena komentarza: poniżej poziomu (-3) odpowiedz na ten komentarz

      2. Jak oni będą chcieli #2346521 | 83.6.*.* 8 paź 2017 22:10

        stamtąd spieprzać to im na to nie pozwoli stan drogi gminnej - zwłaszcza po opadach. A w tym roku pada prawie cały czas. Dajcie obszerną relację jak to nastąpi. Z chęcią poczytamy ;-)))

        Ocena komentarza: warty uwagi (10) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

        Pokaż wszystkie komentarze (21)
        2001-2024 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, Galindia Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5